Historie z Waszych ślubów

listopad 2, 2009 by EW  
Filed under aktualności, wasze śluby (foto&stories)

Uwaga, uwaga! Zdjęcia i relacje z Waszych ślubów i wesel. Zaczynamy cykl.

Na początek bardzo fajne wspomnienia z przygotowań do ślubu i kolaż z kilku zdjęć, które przysłała mi Czytelniczka, Jane.

Jane! Bardzo serdecznie Ci dziękuję. Dostarczyłaś przyszłym pannom młodym garść porad i trochę otuchy. No i oczywiście kawałek dobrej lektury.

Ślub Jane

Fot. Archiwum prywatne Jane

17 miesięcy przed ślubem

Zaczyna się od samolotu. A dokładnie od romantycznych oświadczyn nad ziemią.  Jest mroźno, pięknie i zaskakująco. Gdy mówię tak”, mój narzeczony oddycha z ulgą a pilot stwierdza, że wreszcie może wylądować. Potem wyznaje, że nasze oświadczyny zostaną opisane w gazetce klubowej a być może nawet jest to niezły pomysł na biznes… Być może. W każdym razie my na pewno od tego momentu zaczynamy nakręcać biznes ślubny.  Machina rusza. Nie mamy czasu na pomyślenie jak chcemy, żeby to wszystko wyglądało, co jest „nasze”, czy chcemy czegoś niestandardowego. Następnego dnia moja mama przesyła nam listę gości a teściowa propozycje sal weselnych. Ceny są różne, sale też – od eleganckiego i zabójczo drogiego dworku pod Warszawą, przez namiot weselny w ogrodzie, po miejsca noszące uroczą nazwę „Białe róże” albo może „Różowe balonki”. Tak czy siak, czujemy ciężar odpowiedzialności za ten wieczór.

16 miesięcy przed ślubem

Po miesiącu oddechu postanawiamy jednak poddać się presji rodziny i zarezerwować termin, co wiąże się z wizytą w kościele, decyzją co do sali weselnej i orkiestry. Chcemy pobrać się tradycyjnie, w sobotę… przeżywamy pierwszy szok: rezerwowanie terminu 1,5 roku wcześniej to już późno!!

Kościół: Godzina 17.00 jest zarezerwowana a ksiądz ewidentnie nie widzi problemu w tym, że ślub będzie o 11.00 a impreza o 19.00 i radośnie twierdzi, że przecież goście „będą tańczyć na ulicach ze szczęścia”. Biorę sprawy w swoje ręce: proszę o telefon do pary, która planuje ślub tego samego dnia i negocjuję przesunięcie godziny.

Jeśli chodzi o sale weselne: przeglądanie Internetu jest męką, bo każda z sal odbiega od naszych wyobrażeń o tym dniu. Kicz wyrasta na kiczu, baloniki są wszędzie a róże, gołąbki i inne cuda tworzą nową przestrzeń, której do tej pory nie znaliśmy. Czujemy się jakbyśmy przypadkiem zaplątali się do innej bajki. Przecież to nie my! Poddajemy się i postanawiamy zdecydować się na tę samą salę i zespół, co znajomi, na których weselu byliśmy rok temu. Było fajnie i bezpretensjonalnie, więc decyzja wydaje się bezpieczna. A że nie będzie cudu nad Wisłą? Trudno.  Jeśli chodzi o wizyty w prezentowanych w Internecie miejscach to sprawdzamy tylko hotel, który zaproponowali rodzice ale przytłacza nas wizja dużej ulicy obok i zadymionego papierosami podziemia, zagospodarowanego na salę weselną. Zdecydowanie wolimy bardziej zielone okolice!

Nasz zaręczyny stają się tematem oficjalnym. Od tego momentu jesteśmy skazani na rodzinne rozmowy planistyczne a ja w pracy muszę przemykać chyłkiem do toalety, żeby nie spotkać przypadkiem kogoś z kim nie mam wspólnych tematów ale, kto chcąc nawiązać nić porozumienia pyta za każdym razem „No i jak tam, załatwiacie już wszystko” albo  „Jak się czujesz przed ślubem?”.  Na początku nawet nie jest źle, po dwóch miesiącach mam lekki kryzys ale już po trzech wypracowuję skromną minę pt. ”Panna Młoda” i zestaw odpowiedzi, udzielanych w zależności od kontekstu.

Kupuję w Empiku pismo „Bride” – jedyne, jakie nabyłam w mojej karierze bycia narzeczoną. W odróżnieniu od przaśnych pism polskich, które oferuje rynek – można znaleźć w nim wiele inspiracji dotyczących eleganckiego weselaJ W magazynie odkrywam sukienkę moich marzeń. Chcę uszyć dokładnie taką samą, ale dwa tygodnie później widzę identyczną w pierwszym salonie ślubnym, do którego wchodzę. No i tym sposobem omijają mnie pielgrzymki do salonów mody ślubnej… przynajmniej w trakcie mojej drogi do zamążpójścia. Tak przy okazji: odradzam eksperymenty na Pradze, nawet w najbardziej „paryskich” salonach a polecam salon Madonna, który odwiedziłam niedawno ze szczęśliwie zaręczoną koleżanką. Ceny niewiele większe, mierzenie było przyjemnością a sukienki i dodatki miały klasę.

Pół roku przed ślubem

Dość nieregularnie, ale w miarę konsekwentnie zaczynamy uczestniczyć we wszystkich wymaganych spotkaniach przedślubnych w kościele.  Przecież jeszcze jest tyle czasu…

Trzy miesiące przed ślubem

Okazało się, że czasu wcale nie jest dużo a my znowu modlimy się, żeby wcisnąć się w jakiś sensowny termin w poradni małżeńskiej – przed ślubem… Wszyscy zapobiegliwi Państwo Młodzi – chylę czoła a pozostałym radzę zacząć rok wcześniej!

Umawiam się na makijaż próbny. Niestety trafiam na jakąś szaloną stylistkę, która próbuje ze mnie zrobić jesiennego wampa a po moich protestach bladą Barbie. Gdy obie próby makijażu nie udają się, uznaję, że moje wyobrażenie o pięknej klasycznej Pannie Młodej jest błędne i muszę złożyć broń. Myślę o tym tydzień, przeglądam Internet, gdzie pokazywane są tylko odrealnione twarze aktorek oraz ekstremalne pisma z makijażem ślubnym, które mnie jeszcze bardziej załamują, bo prezentowane w nich kobiety mają dziwne loki i wąsik. Na szczęście jest przyjaciółka-czarodziejka Agata, która robi mi domową sesję makijażu i dziwnym trafem od razu wie, jak wyrazić moje „wnętrze”. To pomaga mi odnaleźć w sobie wreszcie pierwiastek przyszłej żony . Jakiś czas później wpada mi w ręce pismo Uroda z sesjami ślubnymi i ośmielam się zadzwonić do autorki jednego z dzieł. Tym razem decyzja jest trafiona. Spada mi z nieba cudowna pani Wiola – osoba, dzięki której bezpośrednio przed ślubem zachowam równowagę ducha i nie dam się majowym deszczom a nawet będę potrafiła je odczarować.

Dwa miesiące przed ślubem

Maj – temat numer jeden. Mamy poczucie, że nie możemy od niego uciec i przynudzamy koszmarnie na każdym kroku, opowiadając ciągle to samo.  Rozdajemy rodzinie zaproszenia, więc nasz grafik jest bardzo zajęty a my ćwiczymy codziennie „small talks”. Stwierdzamy, że nasza rosnąca elokwencja na pewno z czasem zaprocentuje nam w innych okolicznościach…

Jednak uciekamy. Wyjeżdżamy na weekend – tylko my i ani słowa o zmianie stanu cywilnego.

Parę dni później - dobór fryzury ślubnej. W związku z tym, że moje włosy są ze swej dzikiej natury nie do pokonania i nie da się z nich zrobić złota - postanawiam zaufać styliście. Brzmi tak, jak brzmi, ale trudno. Prawda jest taka, że raz w życiu warto dać się zmasakrować lakierem i zrobić na głowie coś, co sprawia, że Twoich włosów jest pięć razy więcej, choć trudno to rozczesać nawet po dwóch myciach głowy. Podoba mi się.

Dwa dni przed ślubem

Ćwiczymy pierwszy taniec. Lepiej późno niż wcale… temat był przez mojego przyszłego męża do tej pory po prostu bezczelnie wypierany. Nasz mocno improwizowany układ okazuje się być zbyt skomplikowany, więc po rozpaczliwych atakach śmiechu decydujemy się zmienić na „bujaną” i bezpieczną piosenkę z elementem pikantnym, który moja męska połówka jakoś przeżyje.

Dzień przed ślubem

Nocuje u mnie mama. Może to przesąd ale lubię ten zwyczaj. Czuję się jak w dzieciństwie.

Dzień ślubu

Budzę się w dobrym nastroju. Żadnego stresu, wszystko zgodnie z planem. Jestem zaskoczona. A potem jest już tylko lepiej. Podobno Panna Młoda to najbardziej opanowana osoba na uroczystości... Drobne wpadki pozostają niewidoczne, a wszystko mija trochę jak we śnie.

Kłamałabym mówiąc, że był to najpiękniejszy dzień mojego życia. Cenimy sobie z mężem kameralne wspomnienia i one są dla nas równie piękne. Jest to jednak dzień, w którym są wokół Was wszystkie osoby, które naprawdę chcą spędzić z Wami te ważne chwile. Wtedy zdajecie sobie sprawę, ile bliskich osób jest obok, pomimo takich utrudnień jak np. deszcz, chłód czy pokusa w postaci wolnej soboty. To naprawdę cenne.

A co potem?

Żyjemy z dnia na dzień, zwyczajnie, bez organizacyjnego szumu i marzeń o białej sukni.  Trochę ostatnio za tym zatęskniłam.

Jane


Co o tym sądzisz?

Zostaw komentarz...
a jeśli chcesz, aby przy Twoim komentarzu pojawił się obrazek, skorzystaj z avatara