It’s complicated. Formalizowanie związku na Facebooku:-)
kwiecień 22, 2010 by EW
Filed under aktualności
Przyznajemy. Jesteśmy bezradne. Rozkładamy ręcę. Nie mamy pojęcia, kiedy należy ogłosić zaręczyny albo ślub na Facebooku. Myslałyśmy, że nie ma zasad. I że można ogłaszać następnego dnia. Albo w ogóle. Ale być może się mylimy. Może w ogóle wystarczy sformalizować związek na Facebooku i olać urząd stanu cywilnego. OMG! It’s complicated. Prosimy o porady i ratunek:-)
Grill, piknik, wesele na działce. Inaczej i kreatywnie
kwiecień 18, 2010 by EW
Filed under aktualności
Grill albo piknik zamiast tradycyjnego wesela? Albo wyjazd na działkę czy domku na Mazurach? Eleganckie optuje za taką opcją, szczególnie, jeśli jest ciepło, a na imprezie ma być duży rodzin z małymi dziećmi. W wersji idealnej - taka impreza może być połączona ze ślubem w plenerze. Dodatkowe plusy - przy odrobinie kreatywności, nie trzeba wydać fortuny. Zamiast stołu i kolejnych dań - koszyki piknikowe, kiełbaski z ogniska, grill albo prowiant w pudełkach. Zamiast sali do tańca - tańce na trawie albo na deskach. Zamiast przeciągania jajek przez nogawki - badminton, siatkówka, sesja ślubna DIY, krykiet (nauczmy się czegoś nowego;-). Zamiast wódki - szmapan z truskawkami i zimne piwo. Zamiast ciast - sezonowe owoce. A może nawet degustacja jakiś lokalnych specjałów?
I jeszcze coś (tego akurat niektórzy mogą nie przeżyć) - zamiast wysokich obcasów… na przykład baletki albo japonki.

Fot. via Favorsandflowers.com

Fot. via ido.weddingsbyeternal.com

Fot. Blissfullydomestic



Fot. Josh Goleman via Oncewed.com
Fot. Sara France via www.elizabethannedesigns.com
Moje wielkie FEministyczne wesele. Skok w patriarchat?
kwiecień 15, 2010 by EW
Filed under aktualności
Do przemyślenia - zarówno dla feministek i feministów oraz dla tych, dla których “feministka zaczyna się na FE”. Co o tym sądzicie?

Jessica Valenti i jej mąż Andrew Golis, Fot. Sophia Wallace/Sophia Wallace via Guardian
Kiedy Jessica Valenti, znana amerykańska feministka, założycielka portalu Feministing.com (polecamy!) i pisarka (np. Full Frontal Feminism: A Young Woman’s Guide to Why Feminism Matters) powiedziała TAK, zaczęła się draka. Wróć… Draka zaczęła się, bo Jessica w ogóle NIE powiedziała “tak”.
Nie było oświadczyn, klękania, płatków róż, ani zaręczynowej wycieczki do Paryża. Jessica i jej partenr Andrew po prostu usiedli przy stole, zjedli razem kolację i uznali, że wezmą ślub. Bo się kochają i mają zamiar spędzić resztę życia razem.
- Małżeństwo to dla nas partenrstwo. Przygotowania do ślubu również chcieliśmy mieć partnerskie. Przecież feministka też może wyjść za mąż. I nie musi to być ani skok w patriarchat, ani karykatura ślubu w stylu: panna młoda w koślawych sandałach wystających spod sukni plus modlitwy do Bogini, zamiast do Boga - mówiła Jessica. Ale gdy ogłosiła swoje “nie-zaręczyny” na Feministing.com dostało się jej od wszystkich: feministek i tradycjonlistek.
Feministki i blogerki uznały, że zdardziła swoje ideały. Małżeństwo to przecież z gruntu manifest nierówności, a wręcz seksizmu. Z całą swoją symboliką, od pierścionka zaręczynowego począwszy (znak tego, że mężczyzna posiadł kobietę. I bardzo widoczne odzwierciedlenie stanu konta tego mężczyzny w banku…). - Staniesz się jedną z nich, koszmarną bride-zillą: oszalałą narzeczoną - pisały. - Feministka nie powinna brać ślubu, dopóki tego samego prawa nie będą mieć geje i lesbijki - denerwowały się inne. - Dla przełamywania stereotypów społecznych było lepiej, gdybyś publicznie ogłosiła, dlaczego nie bierzecie ślubu - postulowały.
Po stronie ciotek, wujków i babć panowało podobne zamieszanie. Jessica postanowiła pozostać przy nazwisku panieńskim (“To straszne! Jak będą nazywać się wasze dzieci?”), zamiast białej sukienki wybrała jasno szarą (‘To wbrew tradycji”), ale zdecydowałą się na welon, bo jej się podobał (“Chyba już nie jesteś już taka niewinna!”). Rodzina nie mogła też zroumieć, że zamiast “porządnych” inkrustowanych obrączek, wybrali skromne i tanie, kupione podczas wycieczki do Rzymu. No i jeszcze jedno. Andrew jest o pięć lat młodszy od Jessici. To też (w XXI wieku w Nowym Jorku!) wywoływało w rodzinie sensację…
Przygotowania do partenerskiego wesela też nie były proste. - Bo większość konsultantów ślubnych, salonów z modą ślubną, książek i poradników wychodzi z założenia, że wszystko musi być słodkie do bólu i bardzo sztampowe. A ja nie chciałam sztampy - pisała Jessica. A nawet szła jeszcze dalej: blogi ze słodkimi sesjami ślubnymi nazywa ślubnym-porno (być może, według Jessici Eleganckie też się do tego nurtu zalicza. Hmm. Mamy dużo dystansu do siebie, a określenie jest całkiem fajne).
Przed-ślubne materiały dla feministek i innych nie-tradycyjnych panien młodych (po angielsku) - do wykorzystania lub przedyskutowania:
- Feministwedding (tu można poczytać, sprawdzić linki i odyskutować o feministycznym podejściu do małżeństwa)
- A Practical Wedding,
- Off Beat Bride (lubimy i polecamy BARDZO!!!!),
- Indie bride (forum dla niezleżnych panien młodych)
- Feministwedding.blogspot.com
- Jeśli znacie więcej ciekawych stron, przysyłajcie!
Rada Jessici dla niezleżnych małżeństw: zamiast kwiatów, poproście gości o przekazywanie pieniędzy na organizację pozarządową, na przykład walczącą o równouprawnienie (link podajemy przykładowo).
Podczas ślubu cywilnego Jessici i Andrew zamiast fanfarów, gości słuchali “All you need is love“. A krzywe spojrzenia ciotek, które nic z tego nie rozumiały, i opinie feministek w sieci para op prostu zlekceważyli. Uznali, że jeśli chodzi o ślub i wesele, jedyne zdanie, które warto brać pod uwagę, to ich zdanie. Takiego podejścia niniejszym wszystkim życzymy.
Co o tym sądzicie? Piszcie, piszcie, jesteśmy ciekawe.

PS. Para wzięła ślub w 2009 roku. Dziś mieszkają razem w Queens, razem z psem i kotem. Jessica wykłada gender studies, jest dziennikarką i pisarką. Andrew pracuje jako readaktor wiadomości politycznych w Yahoo News!
Sztorm idzie
kwiecień 10, 2010 by EW
Filed under aktualności
Fot. via Commodorecharters
Fot. via Weddings.ocreverend.orgHistorie z Waszych ślubów
listopad 2, 2009 by EW
Filed under aktualności, wasze śluby (foto&stories)
Uwaga, uwaga! Zdjęcia i relacje z Waszych ślubów i wesel. Zaczynamy cykl.
Na początek bardzo fajne wspomnienia z przygotowań do ślubu i kolaż z kilku zdjęć, które przysłała mi Czytelniczka, Jane.
Jane! Bardzo serdecznie Ci dziękuję. Dostarczyłaś przyszłym pannom młodym garść porad i trochę otuchy. No i oczywiście kawałek dobrej lektury.

Fot. Archiwum prywatne Jane
17 miesięcy przed ślubem
Zaczyna się od samolotu. A dokładnie od romantycznych oświadczyn nad ziemią. Jest mroźno, pięknie i zaskakująco. Gdy mówię „tak”, mój narzeczony oddycha z ulgą a pilot stwierdza, że wreszcie może wylądować. Potem wyznaje, że nasze oświadczyny zostaną opisane w gazetce klubowej a być może nawet jest to niezły pomysł na biznes… Być może. W każdym razie my na pewno od tego momentu zaczynamy nakręcać biznes ślubny. Machina rusza. Nie mamy czasu na pomyślenie jak chcemy, żeby to wszystko wyglądało, co jest „nasze”, czy chcemy czegoś niestandardowego. Następnego dnia moja mama przesyła nam listę gości a teściowa propozycje sal weselnych. Ceny są różne, sale też – od eleganckiego i zabójczo drogiego dworku pod Warszawą, przez namiot weselny w ogrodzie, po miejsca noszące uroczą nazwę „Białe róże” albo może „Różowe balonki”. Tak czy siak, czujemy ciężar odpowiedzialności za ten wieczór.
16 miesięcy przed ślubem
Po miesiącu oddechu postanawiamy jednak poddać się presji rodziny i zarezerwować termin, co wiąże się z wizytą w kościele, decyzją co do sali weselnej i orkiestry. Chcemy pobrać się tradycyjnie, w sobotę… przeżywamy pierwszy szok: rezerwowanie terminu 1,5 roku wcześniej to już późno!!
Kościół: Godzina 17.00 jest zarezerwowana a ksiądz ewidentnie nie widzi problemu w tym, że ślub będzie o 11.00 a impreza o 19.00 i radośnie twierdzi, że przecież goście „będą tańczyć na ulicach ze szczęścia”. Biorę sprawy w swoje ręce: proszę o telefon do pary, która planuje ślub tego samego dnia i negocjuję przesunięcie godziny.
Jeśli chodzi o sale weselne: przeglądanie Internetu jest męką, bo każda z sal odbiega od naszych wyobrażeń o tym dniu. Kicz wyrasta na kiczu, baloniki są wszędzie a róże, gołąbki i inne cuda tworzą nową przestrzeń, której do tej pory nie znaliśmy. Czujemy się jakbyśmy przypadkiem zaplątali się do innej bajki. Przecież to nie my! Poddajemy się i postanawiamy zdecydować się na tę samą salę i zespół, co znajomi, na których weselu byliśmy rok temu. Było fajnie i bezpretensjonalnie, więc decyzja wydaje się bezpieczna. A że nie będzie cudu nad Wisłą? Trudno. Jeśli chodzi o wizyty w prezentowanych w Internecie miejscach to sprawdzamy tylko hotel, który zaproponowali rodzice ale przytłacza nas wizja dużej ulicy obok i zadymionego papierosami podziemia, zagospodarowanego na salę weselną. Zdecydowanie wolimy bardziej zielone okolice!
Nasz zaręczyny stają się tematem oficjalnym. Od tego momentu jesteśmy skazani na rodzinne rozmowy planistyczne a ja w pracy muszę przemykać chyłkiem do toalety, żeby nie spotkać przypadkiem kogoś z kim nie mam wspólnych tematów ale, kto chcąc nawiązać nić porozumienia pyta za każdym razem „No i jak tam, załatwiacie już wszystko” albo „Jak się czujesz przed ślubem?”. Na początku nawet nie jest źle, po dwóch miesiącach mam lekki kryzys ale już po trzech wypracowuję skromną minę pt. ”Panna Młoda” i zestaw odpowiedzi, udzielanych w zależności od kontekstu.
Kupuję w Empiku pismo „Bride” – jedyne, jakie nabyłam w mojej karierze bycia narzeczoną. W odróżnieniu od przaśnych pism polskich, które oferuje rynek – można znaleźć w nim wiele inspiracji dotyczących eleganckiego weselaJ W magazynie odkrywam sukienkę moich marzeń. Chcę uszyć dokładnie taką samą, ale dwa tygodnie później widzę identyczną w pierwszym salonie ślubnym, do którego wchodzę. No i tym sposobem omijają mnie pielgrzymki do salonów mody ślubnej… przynajmniej w trakcie mojej drogi do zamążpójścia. Tak przy okazji: odradzam eksperymenty na Pradze, nawet w najbardziej „paryskich” salonach a polecam salon Madonna, który odwiedziłam niedawno ze szczęśliwie zaręczoną koleżanką. Ceny niewiele większe, mierzenie było przyjemnością a sukienki i dodatki miały klasę.
Pół roku przed ślubem
Dość nieregularnie, ale w miarę konsekwentnie zaczynamy uczestniczyć we wszystkich wymaganych spotkaniach przedślubnych w kościele. Przecież jeszcze jest tyle czasu…
Trzy miesiące przed ślubem
Okazało się, że czasu wcale nie jest dużo a my znowu modlimy się, żeby wcisnąć się w jakiś sensowny termin w poradni małżeńskiej – przed ślubem… Wszyscy zapobiegliwi Państwo Młodzi – chylę czoła a pozostałym radzę zacząć rok wcześniej!
Umawiam się na makijaż próbny. Niestety trafiam na jakąś szaloną stylistkę, która próbuje ze mnie zrobić jesiennego wampa a po moich protestach bladą Barbie. Gdy obie próby makijażu nie udają się, uznaję, że moje wyobrażenie o pięknej klasycznej Pannie Młodej jest błędne i muszę złożyć broń. Myślę o tym tydzień, przeglądam Internet, gdzie pokazywane są tylko odrealnione twarze aktorek oraz ekstremalne pisma z makijażem ślubnym, które mnie jeszcze bardziej załamują, bo prezentowane w nich kobiety mają dziwne loki i wąsik. Na szczęście jest przyjaciółka-czarodziejka Agata, która robi mi domową sesję makijażu i dziwnym trafem od razu wie, jak wyrazić moje „wnętrze”. To pomaga mi odnaleźć w sobie wreszcie pierwiastek przyszłej żony . Jakiś czas później wpada mi w ręce pismo Uroda z sesjami ślubnymi i ośmielam się zadzwonić do autorki jednego z dzieł. Tym razem decyzja jest trafiona. Spada mi z nieba cudowna pani Wiola – osoba, dzięki której bezpośrednio przed ślubem zachowam równowagę ducha i nie dam się majowym deszczom… a nawet będę potrafiła je odczarować.
Dwa miesiące przed ślubem
Maj – temat numer jeden. Mamy poczucie, że nie możemy od niego uciec i przynudzamy koszmarnie na każdym kroku, opowiadając ciągle to samo. Rozdajemy rodzinie zaproszenia, więc nasz grafik jest bardzo zajęty a my ćwiczymy codziennie „small talks”. Stwierdzamy, że nasza rosnąca elokwencja na pewno z czasem zaprocentuje nam w innych okolicznościach…
Jednak uciekamy. Wyjeżdżamy na weekend – tylko my i ani słowa o zmianie stanu cywilnego.
Parę dni później - dobór fryzury ślubnej. W związku z tym, że moje włosy są ze swej dzikiej natury nie do pokonania i nie da się z nich zrobić złota - postanawiam zaufać styliście. Brzmi tak, jak brzmi, ale trudno. Prawda jest taka, że raz w życiu warto dać się zmasakrować lakierem i zrobić na głowie coś, co sprawia, że Twoich włosów jest pięć razy więcej, choć trudno to rozczesać nawet po dwóch myciach głowy. Podoba mi się.
Dwa dni przed ślubem
Ćwiczymy pierwszy taniec. Lepiej późno niż wcale… temat był przez mojego przyszłego męża do tej pory po prostu bezczelnie wypierany. Nasz mocno improwizowany układ okazuje się być zbyt skomplikowany, więc po rozpaczliwych atakach śmiechu decydujemy się zmienić na „bujaną” i bezpieczną piosenkę z elementem pikantnym, który moja męska połówka jakoś przeżyje.
Dzień przed ślubem
Nocuje u mnie mama. Może to przesąd ale lubię ten zwyczaj. Czuję się jak w dzieciństwie.
Dzień ślubu
Budzę się w dobrym nastroju. Żadnego stresu, wszystko zgodnie z planem. Jestem zaskoczona. A potem jest już tylko lepiej. Podobno Panna Młoda to najbardziej opanowana osoba na uroczystości... Drobne wpadki pozostają niewidoczne, a wszystko mija trochę jak we śnie.
Kłamałabym mówiąc, że był to najpiękniejszy dzień mojego życia. Cenimy sobie z mężem kameralne wspomnienia i one są dla nas równie piękne. Jest to jednak dzień, w którym są wokół Was wszystkie osoby, które naprawdę chcą spędzić z Wami te ważne chwile. Wtedy zdajecie sobie sprawę, ile bliskich osób jest obok, pomimo takich utrudnień jak np. deszcz, chłód czy pokusa w postaci wolnej soboty. To naprawdę cenne.
A co potem?
Żyjemy z dnia na dzień, zwyczajnie, bez organizacyjnego szumu i marzeń o białej sukni. Trochę ostatnio za tym zatęskniłam.
Jane
Koszt wesela i “spisek” Disneya
wrzesień 28, 2009 by EW
Filed under aktualności
Widziałaś film “Moje wielkie greckie wesele”? W oryginalnym tytule to wesele jest jeszcze tłuste (”My Big Fat Greek Wedding”). Ale w porównaniu do polskich wesel, greckie imprezy są całkiem chudziutkie. U nas po prostu musi być z pompą: dwa kredyty, ale potem stoły zawalone jedzeniem, które zostaje, bo jest go za dużo, albo jest niesmaczne, ponieważ zamiast w jakość poszliśmy w ilość. Ale gdyby była tylko jedna przystawka, co by powiedziała ciocia Gienia i sąsiad Waldek, który po prostu musi zjeść trzy ciepłe posiłki jednego wieczora itp. itd. I o ile, dawno temu “zastaw się” było przekazywaną z pokolenia na pokolenie tradycją, dzisiaj jest to tradycja podtrzymywaną i dobrze odżywianą przede wszystkim przez weselny biznes. Właśnie z tego powodu, warto przyjrzeć się wszystkim weselnym “musom” (musi być limuzyna, musi być kurs pierwszego tańca, musi być makijażystka, bo sama się tak ładnie nie umalujesz i w ogóle nie wypada).
W Stanach Zjednoczonych, gdzie według portalu branżowego “Sprzedawaj więcej wesel” (!), co roku na śluby i wesela wydaje się ponad 70 miliardów dol., te weselne “musy”, pod lupę wzięła Rebecca Mead, autorka książki “One Perfect Day: The Selling of American Wedding” (”Jeden idealny dzień: sprzedaż amerykańskiego wesela”). To świetna książka dla przyszłych panien i panów młodych. Pozwala się odstresować i nabrać dystansu do tego, co według rodziny i znajomych trzeba mieć na weselu. Bo naprawdę nie trzeba. Jedyne co trzeba, to tak zorganizować ten dzień, żeby czuć się sobą.

Ale właśnie tutaj, według Rebecci Mead, zaczynają się schody. Bo wszystkie firmy związane z branżą ślubną starają się, żebyś myślała, że tego dnia musisz być kimś innym. Na przykład księżczniką ubraną jak skrzyżowanie Barbie z damą dworu. A co najważniejsze, ubraną w produkty tychże firm. I teraz najlepsze: w Stanach jednym z największym graczy w weselnym biznesie jest Disney. Tak, ten sam Disney, który od dziecka karmi nas bajkami o królewnach obudzonych przez królewiczów z bajki, kiedy dorośniemy, pomaga nam ubrać się jak królewny w swoim sklepie! (Do wyboru np. look a la Bella z “Pięknej i bestii” albo Jasmine z “Alladyna”.) Motto Disney Bridals brzmi: “Chcemy pomóc każdej pannie młodej w odnalezieniu jej wewnętrznej księżniczki”. Hmm, ciekawe czemu Disney nie produkuje królewiczów w jakiejś fabryce w Chinach. Byłoby mniej singielek, a sprzedaż sukni ślubnych rosłaby w nieskończoność.

Rebecca Mead zastanawia się też nad inną sprawą: skąd wzięła się liczba 30 tys. dol., którą wszyscy podają jako koszt przeciętnego (czytaj taniego) wesela w USA. U nas najczęściej pisze się, że ślub i wesele kosztują ok. 30 tys. zł. Otóż, według Mead, ta metka z ceną jest stale promowana przez weselne firmy. Tak żeby panny młode myślałay, że tyle muszą wydać i koniec. I nie zastanawiały się, jak oszczędzić na weselu. I czy na prawdę potrzebnych jest dwóch fotografów i prezenty dla gości na koniec imprezy. “Panny młode o tym nie myślą. Są jak spełnienie marzeń każdego marketingowca” - przynał Mead jeden z jej rozmówców, organizator wesel.
Nie chodzi mi o to, żeby nie robić wesela albo ograniczyć wesele do mini kolacji w M3. Ale warto odpowiedzieć sobie na pytanie: czy chcesz w ten dzień czuć się wyjątkowo, ale być wierną sobie i swojemu stylowi, czy chcesz stać się białą królewną, w którą najchętniej zamieniłby cię ślubno-weselny przemysł?
Do tego w sukni „made in China”. Mead odwiedziła fabryki, w których szyje się ślubne kreacje. Życie szwaczek nie ma nic wspólnego z cukierkowym światem Disneya.

Rebecca Mead, One Perfect Day (miękka okładka - różowa i twarda - zielona). Książkę można kupić na Amazonie (przecena - tylko 6 dol.).
Ostra jazda. Oryginalny autokar dla gości na wesele
wrzesień 23, 2009 by EW
Filed under aktualności, inspiracje weselne
Czasami transportu gości na wesele po prostu nie da się uniknąć. Wcale nie oznacza to jednak, że trzeba wszystkich upchać do autokaru, który kojarzy się z tragiczną wycieczką szkolną, zapachem kiełbasy z zapakowanych przez mamę kanapek i śpiewaniem harcerskich pieśni.
Przejazd autobusem ze ślubu na wesele może być fajną atrakcją. Trzeba tylko poszukać niestandardowego autokaru (jest ich u nas cała masa) i podejść do podróży z dystansem. Autobus może być przecież tłem dla śmiesznej sesji zdjęciowej dla gości. I wcale nie trzeba do niej fotografa, który weźmie za usługę kolejne kilkaset złotych. Wystarczy znajomy z cyfrówką.
Szerokiej drogi:-)

Fot. ze strony Tooleart

Fot. ze strony Ballons’n’smile
Marchewkowe pole - inspiracje na ślub i wesele jesienią
wrzesień 21, 2009 by EW
Filed under aktualności, inspiracje weselne
Inspiracje, dekoracje, paleta kolorów na jesienny ślub i wesele. Pomysł i zdjęcia zaczerpnęłam z amerykańskiego bloga The Perfect Palette, na którym omówione są chyba wszystkie możliwe kombinacje barw.




Fot. z bloga The Perfect Palette
Jeśli będzie padać? Kalosze na ślub.
wrzesień 13, 2009 by EW
Filed under aktualności, buty na ślub/buty na wesele, inspiracje weselne
Jesienna słota sprzyja melancholii, a melancholia takim wizjom: wpadasz na ślub w sukni zaplamionej na czarno - to efekt spływającego tuszu. Wiadomo - deszcz. Jedyna nadzieja w tym, że goście będą zajęci strzepywaniem błota z butów i suszeniem fryzur. Brrr. Stop! Deszcze to nie tragedia. A jeśli planujesz ślub i wesele w miesiącu, kiedy w Polsce pada najczęściej, nie masz wyjścia - musisz zrobić z wody sprzymierzeńca. I to może być całkiem zabawne, bo:
- zdjęcia w deszczu wychodzą ciekawe
- kolorowa parasolka zdobi fajniej niż welon
- gumiaki plus suknia ślubna to śmieszny pomysł na zdjęcie (albo chociaż przejście do kościoła)
- parasolki można rozdać gościom jako prezenty
- a hektolitry lakieru do włosów i tak utrzymają Twoją fryzurę:-)
Zdjęcia z bloga weddingdressesmagazine.wordpress.com, który zainspirował mnie do napisania tej notki
Zdjęcie z www.brendasweddingblog.com
Oprócz parasolek, możesz pomyśleć jeszcze o innych atrakcjach dla gości na jesienny ślub.
























